spin

ŚwiadectwaNasza posługa oczami ewangelizatorów

„Troszczcie się o Kościół Boży, a wszystko inne będzie wam dodane”

Byłem wtedy ewangelizatorem. Podczas eucharystii prawie wszyscy ewangelizatorzy zajmowali się swoimi sprawami. W końcu co roku mamy rano, jeszcze przed otwarciem Pola mszę dla wszystkich służb. Do momentu Komunii wszystko przebiegało spokojnie. Gdzieś około godziny 22.00, kiedy dobiegał końca mój dyżur modlitwy osłonowej w Namiocie Adoracji, padł z Ryby komunikat o tym, że wszyscy, którzy nie zdążyli przyjąć Komunii mają przyjść właśnie pod ten Namiot. Był to czas, w którym kapłani zaczęli przychodzić, żeby dokonać puryfikacji paten. W niedługim czasie napłynęło kilka tysięcy osób, otaczając szczelnym tłumem to miejsce. Musieliśmy szybko zareagować, żeby nikt nam nie wlazł do naszego namiotu ewangelizacyjnego. Modliliśmy się w ciszy za nich i uspokajaliśmy zapewniając, że pomimo chwilowego wyczerpania konsekrowanych hostii, odprawiona zostanie msza w Namiocie tak, żeby dla nikogo nie zabrakło Pana Jezusa. Około godziny 22.20 kapłani rozpoczęli ponownie Komunię. W niedługim czasie po tym ponownie zabrakło konsekrowanych hostii. Jedyna różnica polegała na tym, że nie było już czego konsekrować. Przerażeni tą sytuacją, zaczęliśmy przekazywać informację od kapłanów, że Komunii nie będzie. Przeżyłem wtedy szok i aż na głos zawołałem: „Jezu! Czy nie widzisz jak Twój lud Ciebie pragnie?!”. Gdy informacja zaczęła docierać do tłumu, ponad połowa zaczęła się rozchodzić do sektorów. Stałem wtedy przy namiocie ewangelizatorów, gdy przez tłum przebił się jeden z nas i rzucił szybko:

– Słuchajcie, tam jest ksiądz, który cały czas rozdaje Komunię!

Spojrzeliśmy po sobie.

– W sensie ktoś mu donosi hostie? – powiedziałem.

– Nie, on tam jest od pierwszej mszy, która była na rybie.

Znowu spojrzeliśmy po sobie, po czym ruszyłem przez tłum, a za mną kilku ewangelizatorów. Gdy przeszliśmy jakieś 150 m, dotarliśmy do grupki naszych, którzy już klęczeli i modlili się modlitwą uwielbienia, podczas gdy wspomniany wcześniej ksiądz, od blisko około 45 minut rozdawał komunię. Widzieliśmy jak łamał Komunikanty. Widzieliśmy też, że ich ilość się nie zmniejszała! Wstałem i wróciłem pospiesznie pod Namiot Adoracji, żeby przekazać tą informację ewangelizatorom. W międzyczasie padło ogłoszenie z Ryby, że są jeszcze komunikanty, zostanie odprawiona kolejna Eucharystia i że dla nikogo nie zabraknie.

A ksiądz nadal rozdawał Komunię.

Ludzie zaczęli powoli wracać. W Namiocie Adoracji trwała druga [namiotowa] msza, a ja spoglądałem tylko to na tłum, to na Rybę, to na Księdza, który cały czas nie ustawał w rozdawaniu.

Kiedy już tłum ponownie przysłonił nam widok i nie widzieliśmy już ewangelizatorów klęczących przy owym Kapłanie, około godziny 22.45 (godziny szacunkowe) księża z Namiotu Adoracji wyszli, żeby rozdawać komunię. Chwilę później, po minucie albo dwóch, ewangelizatorzy, którzy klęczeli przy ostatnim rozdającym Komunię Księdzu przebili się przez tłum. Jeden z nich powiedział:

- Księdzu przed momentem skończyła się Komunia. Powiedział coś w stylu „Chyba już wystarczy” i odszedł do puryfikacji.
Stałem z za przeproszeniem rozdziawioną gębą. Zacząłem w duchu modlić się uwielbieniem Pana Boga, bo niesamowitego cudu dokonał. Jeden Kapłan rozdawał Komunię przez około godzinę i to z jednej pateny, bez tak zwanego „dokładania”! To jest fizycznie niemożliwe!

Na tegorocznej Lednicy miał miejsce wielki cud i niesamowite przesłanie Pana Boga do nas. Jestem pewien Jego zapewnienia, że nigdy nas nie zostawi, a jeżeli będzie trzeba, to cudu dokona, żeby tylko nikt nie odszedł bez Komunii z Nim. Niesamowitym znakiem było też to, że tak długo ten Kapłan mógł rozdawać Komunię, aż została odprawiona Eucharystia, na której konsekrowano odpowiednią ilość komunikantów.

„A Bóg jest mi świadkiem, że w tym, co tu do was piszę, nie kłamię.” (Ga 1; 20)

Wenciu – 2011

Cały rok nie chciałam, cały czas czułam że nie mam po co. Duchowego kopa dostawałam chwilę przed.

Ostatnich kilka miesięcy było dla mnie przygotowywaniem się do służby, służbą, poświęcaniem, chciałam dawać. Niedawno jednak usłyszałam: nie, na pewne konkretne dzieło. To jakoś zabolało, ale miałam już doświadczenie jak piękne owoce przynosi posłuszeństwo w Kościele, przyjęłam więc to. Zaraz potem pomyślałam sobie, że może pojadę na Lednicę, udzielić się „punktowo”, jednorazowo, że chociaż tyle. Myślę, że bez tamtego doświadczenia na Lednicę bym nie pojechała.

Oczywiście pojawiły się przeciwności, zwykle Pan je zabierał przed wyjazdem, tym razem nie. Dotarłam na pole późno, wyjazd był zupełnym wariactwem. Jedyne co czułam, to że mam tutaj być. Miałam przyjechać więc przyjechałam, nic więcej nie wiedziałam, czułam się zupełnie pusta w środku. Cudne jest doświadczenie własnych pustych rąk. Nic ich nie obciąża, jedyne co mamy to głos Pana. Zrozumiałam, że sama droga do celu nas zmienia, zanim coś osiągniemy, Pan zmienia nas po drodze..

Ewangelizacja, poznani ludzie.. nie wiem co pisać. Przyjechałam, bo miałam pragnienie coś z siebie dać, podzielić się swoim doświadczaniem Boga z młodymi ludźmi, a zostałam naładowana i obdarowana. Aż mnie zawstydza ten bilans. To że mówiłam, to że ktoś słuchał, otwierał się i dzielił sobą, to co usłyszałam podczas ewangelizacji, to że ktoś chciał brać, wszystko było jednym ogromnym darem. To ogromna łaska, móc złożyć świadectwo. To nie ja coś daje Panu Bogu, to On wówczas udziela mi swojej łaski. Dziękuję innym ewangelizatorom za ich świadectwo, zapał, wiarę, które bardzo mnie umacniały. Boskie rachuby są niepojęte.

Wróciłam do domu, a to ludzkie uchylanie przede mną rąbka tajemnicy swojego serca trwa. I wiem, że nie dzieje się to dzięki jakimś moim zasługom. Pan daje mi pragnienie słuchania, wspierania, rozumienia, modlitwy za innych. Takie małe, a dla mnie takie piękne i cenne. I tak chcę to traktować, jak dar. Nie potrafię opisać słowami spotkania z Bogiem, nieudolnie podsumowując – tam na polu powiedział mi przez wszystkie doświadczenia: „BARDZO CIĘ KOCHAM”.

Bez Boga dziś by mnie nie było. To kim jestem, to gdzie jestem, co robię- zawdzięczam Jemu. Wiem, że kiedyś w środku byłam martwa, bałam się chyba wszystkiego i to On mnie przebudził. Ożywia wciąż, bo strasznie dużo na mnie pancerza. Cierpliwością roztapia mój lęk.
Ale bez tamtych doświadczeń nie widziałabym teraz rzeczy, które dostrzegam. Nie cieszyłabym się zwyczajnym dniem, spotkaniem, rozmową, miłością, Bożymi codziennymi prezentami. Lubię ciche spotkania z Bogiem, lubię zasłuchiwać się w Jego głos, ale Pan udziela się tak jak chce. Chcę przyjmować to, co dla mnie przygotował, jeśli On chce dawać. Daje nam miłość i pokój serca, a tak nam tego wszystkim potrzeba.

Chwała Panu!

Dziecko Boże :) – Iza – 2011

To był w sumie mój 3 raz w roli ewangelizatora na Lednicy, i byłem ciekaw jak to będzie teraz.

Kiedy wspominam poprzednie lata to ewangelizacja na Lednicy była akcją, która otwierała mój „sezon ewangelizacyjny”. W końcu pierwsza duża ewangelizacja od sierpnia. W tym roku, z racji tego, że Bóg mi pozwala poprzez wspólnotę ewangelizować częściej, Lednica nie była aż tak zjawiskowa i wyczekiwana. Bałem się troszkę, żeby nie podejść do tego z postawy znudzonego i przyzwyczajonego do głoszenia amatora, ale o tym później.

Z sytuacji, które najbardziej mnie dotknęły w czasie rekolekcji to moment, kiedy opowiadając Monice, z którą miałem ewangelizować, swoje świadectwo, sam je jakby usłyszałem. To było mocne, kiedy jeszcze raz zauważyłem ile Jezus dokonał już w moim życiu, jak fantastycznych ludzi mi dał. Siedziałem później przez 20 min i to ogarniałem.

A sobota to już głoszenie i na początku strach przed tym, żeby nie podejść do tego szablonowo z postawą znudzonego i przyzwyczajonego do głoszenia ewangelizatora.

I tu Bóg nie zrobił jakiegoś nagłego przewrotu w całej akcji tego dramatu, a może lepiej komedii, ale zmieniał powoli. Bóg otwierał mi oczy na to, że każda z osób z którą rozmawialiśmy była zupełnie inna, otwierał mi uszy na historię tych ludzi, a każda była wyjątkowa.
I tak wracając do domu stwierdziłem, że znowu się czegoś nauczyłem… w końcu, ewangelizować uczymy się ewangelizując.

A Bóg był w tym wszystkim ale jakoś taki cichy i spokojny. To było chyba najbardziej mega. On przychodził bardzo spokojnie i lekko że w sumie, jakby się nie wsłuchać, to można by to przeoczyć. Jakby to zaśpiewał Mate.O. : Lekki jak ptak…

Kuba

Podczas wakacji spotkałam paru ewangelizatorów od Jacków. Od nich dowiedziałam się czym jest ewangelizacja i z każdą minutą byłam coraz bardziej tym zafascynowana. W końcu powiedzieli, żebym po prostu przyjechała na ewangelizację Lednicy. Oczywiście od tego wieczora wiedziałam, że pojadę choćby nie wiem co.

Kiedy zbliżał się maj, namówiłam przyjaciółkę i pojechałyśmy na rekolekcje. Rekolekcje były niesamowitym przeżyciem, jednak kiedy miało nastąpić przydzielenie w pary zaczęłam się denerwować, kogo mogę dostać. Dostałam osobę duchowną, nie ukrywam, byłam rozczarowana. Miałam nadzieję, że będę w parze z kimś w mniej więcej moim wieku, żeby móc się dogadać… Ogarnęło mnie małe przygnębienie. Jednak podczas wieczornej modlitwy zaufałam Panu, pomyślałam, że skoro tak mnie przydzielił, to wie co robi i smutek mnie opuścił. W sobotę, kiedy po korowodzie rozeszliśmy się już głosić Chrystusa z początku szłam z pozytywnym nastawieniem. Jednak z każdą chwilą było coraz gorzej. Moja para była bardzo wygadana, nie miałam okazji powiedzieć świadectwa (jestem osobą nieśmiałą, tym bardziej było mi ciężko ‘przebić’ się przez mojego partnera) w dodatku po drodze trafiliśmy na kilu z jego znajomych i dużo czasu zeszło na rozmowie z nimi a ja tylko stałam z boku. Kiedy moja para poszła na obiad przydzielono mi kogoś innego – znów osobę duchowną, spędziliśmy raptem 1,5h razem i po koronce go zgubiłam. Przydzielono mi kolejną osobę – również ewangelizującą pierwszy raz, pomyślałam ‘okej Boże, drugi raz zmieniam parę, widocznie masz w tym swój cel, z dwiema pierwszymi osobami ewangelizowało mi się kiepsko, to teraz musi być to.’ Po pierwszej osobie z którą rozmawiałyśmy odzyskałam nadzieję i pogodę ducha. Jednak okazało się, że z moją nową parą mamy różne godziny w namiocie adoracji i po mojej modlitwie znów nie miałam pary. Dołączyłam do innej pary. Tutaj szybko zdałam sobie sprawę, że jestem piątym kołem u wozu, chodzili razem cały dzień, zżyli się, zrozumiałe. Jednak poczułam się beznadziejnie, zaczęłam wątpić czy w ogóle powinnam tu być. Dwa razy zmieniałam parę, teraz przybłąkałam się do innej, chciało mi się płakać. Przy pierwszej okazji opuściłam tamtą parę i dołączyłam do trzech par idących razem. Jedna z dziewczyn, z którą wcześniej złapałam dobry kontakt zaczęła ze mną rozmawiać, opowiedziałam jej o wszystkim i że czuje się okropnie błąkając, bo nie mam pary i że chyba coś jest ze mną nie tak, z trudem powstrzymywałam łzy. Wtedy ona powiedziała coś, co we mnie uderzyło jak grom, mianowicie, że widocznie jestem potrzebna w wielu miejscach, u wielu ludzi, że Pan wie co robi. W tym momencie poczułam ogromną radość i ulgę, myślę ‘kurczę Ojcze, ona ma racje, chciałeś, żebym tu przyjechała i potrzebujesz mnie właśnie w tych miejscach do których przez cały dzień trafiałam’. Podziękowałam Mu za Karolinę, dzięki której to do mnie dotarło i przez ostatnie godziny ewangelizacji z pewnością i radością modliłam się za jeszcze wiele osób do których poszliśmy. Po zakończeniu ewangelizacji rozmawiałam jeszcze z kolegą, w rozmowie z nim ponownie uświadomiłam sobie, że Pan zawsze pomoże mi znaleźć drogę, którą mam iść, aby głosić Jego miłość. Dziękuje Mu za ten wspaniały czas, i za to, że pokazał, że mimo naszych wyobrażeń, czy ustaleń On ma swój własny plan i dobrze wie co robi, wystarczy Mu zaufać. Chwała Panu!

Aga

Przed Lednicą, właściwie to przed rekolekcjami dla Ewangelizatorów Lednickich, miałem wiele wątpliwości co do przyjazdu czy nawet samego uczestnictwa. Ale o co chodzi? Czemu? Przejdźmy do początku problemu. Przez wiele lat, właściwie to odkąd pamiętam, byłem osobą która była świetnym aktorem, miała codziennie swoje spektakle, kreacje postaci, tysiące masek itp. Itd.. Przez to że sam taki byłem, ludzie powoli zaczęli mnie idealizować, również ja to podłapałem i cały czas wciskałem sobie że tak rzeczywiście jest. Jestem Pan Karol idealny róbcie co mówię! Zwracajcie na mnie uwagę! Uwielbiajcie mnie, bo jak nie to będzie źle… Dziś gdy patrzę na to z perspektywy lat jest mi strasznie wstyd. Kiedy wspomnę sobie jak to z wielkim zaangażowaniem starałem wchodzić z buciorami w czyjeś życie i zmieniać je na siłę bo przecież ja wiem lepiej, chciałem to robić wedle mojego pomysłu a nie wedle pomysłu Boga. Jednak po pewnym czasie to wszystko okazało się zgubne, powoli odchodzili ode mnie ludzie, odwracali się, nie chcieli mnie znać aż po pewnym dłuższym czasie zostałem prawie sam, stoczyłem się na samo dno tego szamba w które wpadłem. Pamiętam, że również na tą okoliczność znalazłem wymówkę, otóż, obwiniałem za to innych, że mnie nie rozumieją, że ja taki dobry a oni tacy źli bo ja chcę im pomóc a oni nie dają pola do popisu. Zacząłem nawet za to obwiniać samego Boga, miałem wrażenie że On sam, ten który mnie kocha, zostawił mnie i sobie poszedł ode mnie odpocząć, w sumie nie dziwiłbym się mu. Byłem tak zaślepiony całą tą sytuacją że nie widziałem tego iż winni tego wszystkiego nie byli inni, nie był Bóg ale ja sam, to przeze mnie ludzie odchodzili, to była moja wina.

Jednak moje oczy były tak przysłonięte pychą, wywyższaniem się i idealizowaniem, że byłem ślepy na to, co tak naprawdę stało przede mną i świeciło jak neon. Kiedy się tak staczałem na dno, urągając i użalając nad sobą, Bóg na mojej drodze postawił neoprezbitera, Ks. Dawida. To on, szalony jak nic, podjął się okazji zreformowania mnie, jako jedyny z pośród wszystkich wyciągnął do mnie pomocną dłoń bo wiedział co się dzieje, wiedział że szatan mi sprzedał super okulary które obok okularów nawet nie stały, zamiast pomagać to szkodziły. Mijały dni, tygodnie, miesiące aż w pewnym momencie przyszedł kolejny Tyski Wieczór Uwielbienia Ducha Świętego, gdyby nie Ks. Nie pojawiłbym się tam i wolę nawet nie myśleć jak dzisiaj wyglądała by moja osoba i moja droga życia. Założyłem się z Ks. że i tak mi to nic nie pomoże, Bóg mnie zostawił, założyliśmy się o pizzę, pojechałem jako Karol Pan Idealny, wróciłem jako Karol Idiota i … po prostu frajer ufający temu co złudne… w dodatku biedniejszy o 30 zł które musiałem przeznaczyć na pizzę. To właśnie tam, dzięki Duchowi Świętemu który podczas homilii przemówił do mnie ustami kapłana, otworzyły mi się oczy na świat, wtedy zaświeciła mi się lampka, powiedziałem, kurdeee, ty niewdzięczniku jeden, Bóg cały czas był przy tobie, wyciągał ręce, skakał, prosił a ty jak ciele szedłeś przed siebie nie bacząc na nic… Nie do pomyślenia, jak tak mogło się stać, jak to mogło się dziać przez tyle lat!? W jedną noc, runęło całe moje stare życie, cała wiara która była sztuczna, wszystko, dosłownie everythink. Później, kiedy już postanowiłem się ogarnąć, wszystko zmieniało się na lepsze, modlitwa była prawdziwa, kontakty z ludźmi się poprawiały, wiara zyskiwała na sile i tak naprawdę, wszystko nabierało kolorów. Jednak w tym wszystkim brakowało mi jeszcze jednego, MIŁOŚCI którą tak bardzo chciałem od kogoś otrzymać. Czekałem na nią, prosiłem Boga, nawet podarowałem ją partnerce jednak… nie dostawałem niczego, mówiłem, coś tu nie halo! Jak widać, była jeszcze we mnie jedna nie skruszona ściana którą postawił wraz ze mną ten z dołu. Ściana ta, wszystkie moje dawne nałogi, niepowodzenia, skrzywdzenia, która tak naprawdę została wybudowana z całego zła które wyrządzałem mogła być zburzona tylko dzięki tej jedynej, nieskończonej miłości o której tylko wiedziałem, lecz nie przyjmowałem bo była dla mnie czymś oczywistym. Kolejne moje błądzenie z latarką, szukanie, nic… cisza… pustka… dokładnie taka sama jak w mojej głowie, nazywa się to bezmózgowie ale już nie będę sobie ubliżał. Inaczej tego nie można nazwać, byłem tak głupi, że nie zauważyłem MIŁOŚCI samego BOGA! Kolejny raz robiłem to co wcześniej, byłem ślepy na to co tak bardzo rzucało się w oczy. Zwrot akcji nastąpił kilka dni przed wspomnianymi już wcześniej rekolekcjami, nie wiem jak to wpadło do mojej głowy ale był to głos. Karol! Stań w prawdzie przed samym sobą, ty mnie nie oszukasz bo wiem co z ciebie za nicpoń, zobacz to!

Hmmm… co mi szkodzi, w sumie już i tak wiem że zrobiłem źle. O kurde! Zapomniałem o najważniejszym, co z tego że Ja i Bóg wie że taki byłem skoro nie wiedzą o tym ludzie których skrzywdziłem! Nooo nie… (nie wspomnę co o sobie pomyślałem bo już to wiecie) Ok, trzeba to ogarnąć, muszę przeprosić, muszę to zmienić, Oni nie mogą żyć w tym bólu!

Zacząłem akcję ,,WP’’ czyli Wielkie Przeprosiny. Finał tejże akcji miał mieć na rekolekcjach, gdzie chciałem przeprosić osoby którym tego zła wyrządziłem najwięcej. Mowa o Agnieszce, Weronice i Jakubie. Jednak Bóg był taki niesamowity, że oni sami wystąpili do mnie z inicjatywą dyskusji na temat tego co ,,odwalam’’

Kilku godzinna dyskusja, przeplatana śmiechem, żartami zakończyła się czymś niesamowitym. Usłyszałem słowa


„Karol, nam na Ciebie bardzo zależy, pragniemy Twojego szczęścia i wybaczamy CI bo Cię kochamy”


W tym momencie kurtyna opadła, jupitery zgasły a teatr Karola Berger się zakończył na dobre. Otworzyły się drzwi na zewnątrz, do prawdziwego życia, do rzeczywistości w której nie warto grać kogoś kim się nie jest, do miejsca gdzie liczysz się Ty a nie osoba przez Ciebie grana. To właśnie wtedy zerwały się kajdany, rozwaliły się fundamenty tej ostatniej ściany. Dnia 31 maja MIŁOŚĆ mnie znalazła, nie tylko ta ludzka ale i Boska. Ten dzień już na zawsze będzie dniem kiedy to Bóg uczynił cud w moim życiu, raz na zawsze uśmiercił idealnego Karola a wskrzesił Karola takim jakim jest. Dzięki temu, już jestem zdolny do miłości, do dawania jej jak i odbierania. Od tego czasu gości we mnie nieustające ciepło i radość. Odzyskałem także ludzi których kocham, przede wszystkim zaś odzyskałem życie i za to wszystko CHWAŁA PANU. Bo dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Pochodzę z rodziny „niby wierzącej” jeśli można tak powiedzieć. W kościele pojawialiśmy się przeważnie tylko w święta, a w domu nie mówiło się o Bogu, przez to był mi On całkiem obojętny.

W wieku sześciu lat moi rodzice się rozwiedli. Przez kilka lat jeździłam do taty w wolne dni, jednak potem kontakty się osłabiły do tego stopnia, że teraz widujemy się raz, może dwa razy do roku. Im byłam starsza tym bardziej brakowało mi taty mimo, że miałam ojczyma. Dodatkowo w domu byłam bardzo często bita i poniżana za każdą niesubordynacje. Czułam się nie chciana, nie kochana i nieakceptowana nawet przez rodziców. Nie odnajdywałam się wśród nowych kolegów w gimnazjum, byłam zagubiona. Dopiero podczas przygotowań do bierzmowania trafiłam po namowach koleżanki do małej wspólnoty przy parafialnej. Zaszokowało mnie jak ci ludzie niemal w moim wieku spotykają się na wspólnej modlitwie dobrze się przy tym bawiąc. Pozostałam w tej grupie, wspólnie z nimi się modliłam, śpiewałam, nie opuszczałam żadnej adoracji, jeździłam na Lednicę. Jednak w głębi duszy czułam, że to nie jest to. Nie potrafiłam się modlić, rozmawiać z Bogiem. Najczęściej podczas wystawiania Najświętszego Sakramentu po prostu siedziałam nie mogąc zebrać myśli.

Niedawno przyjaciółka namówiłam mnie abym pojechała na Lednicę, jako ewangelizator. Długo się wahałam, nie byłam pewna czy się nadaję ponieważ ciężko rozmawia mi się z ludźmi. Jednak się zdecydowałam. Pierwszego dnia po przyjeździe byłam bardzo zagubiona, lecz na wieczornej mszy doznałam prawdziwego szoku patrząc, jak ci wszyscy ludzie potrafią się modlić prosto z serca. Zarówno modlitwą jak i śpiewem. Następnego dnia podczas wieczornej adoracji pierwszy raz odważyłam się na prawdziwą rozmowę z Bogiem. Prosiłam, aby pomógł mi uwierzyć abym mogła być chociaż troszeczkę podobna to tej młodzieży. Pan nie kazał mi długo czekać. Jeszcze tego samego wieczoru doświadczyłam Ducha Świętego w niemal namacalny sposób. Poczułam, że byłam ślepa. Nie byłam w stanie dostrzec, że Ojciec nigdy mnie nie zostawił, był cały czas przy mnie i zapełniał każdy mój dzień drobnymi cudami. Poczułam się naprawdę kochana i niesamowicie szczęśliwa. Pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę wyjątkowa. Pan dodał mi odwagi przed moją pierwszą ewangelizacją na polach lednickich oraz otworzył moje oczy na liczne małe i większe cuda których doświadczyłam podczas swojej posługi. Dodatkowo napełnił moje serce niewyobrażalną radością i wiarą, że kiedyś wszystko się ułoży. Cieszę się myślą, że mam Ojca, który jest przy mnie, wspiera mnie i pomaga mi każdego dnia.

Basia

@ 2015 EventME - Ewangelizatorzy Lednicy